Małe zwycięstwo
Wczoraj zrobiłam wianek. Z suszonych kwiatów, na prostym słomianym podkładzie. Niby drobiazg, a jednak kosztował mnie więcej niż zwykle. Czas płynął inaczej, dłonie szybciej się męczyły, myśli częściej uciekały. Każdy ruch wymagał skupienia, każda chwila — zgody na własne tempo. Były momenty, w których chciałam się zatrzymać. Ale nie zatrzymałam się. Zostałam. Dokończyłam. Wplotłam trawę pampasową, fioletowy zatrwian i czarnuszkę. Kwiaty były delikatne, kruche, jakby rozumiały, że tego dnia trzeba obchodzić się z nimi szczególnie czule. Kiedy spojrzałam na gotowy wianek, poczułam ciche zdziwienie i wdzięczność — wyszedł naprawdę nieźle. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że moje dłonie nie zawsze chcą mnie słuchać. Neuropatia sprawia, że czasem palce gubią swoje miejsce i muszę im pomóc, jakby zapomniały drogi, którą znały przez całe życie. Nazwa tego wianka przyszła mi do głowy niemal od razu. „Małe zwycięstwo” — bo powstał mimo bólu, mimo słabości, mimo zmęczenia, które cor...