Tam, gdzie kwitną moje marzenia


To opowiadanie jest prawdziwą historią, opartą na moich własnych wspomnieniach i doświadczeniach.

Jako mała dziewczynka mieszkałam w bloku, w niewielkim, ciasnym mieszkaniu. Każdy kąt wypełniony był codziennym zgiełkiem życia rodzinnego, a ja, pomiędzy obowiązkami i zabawami, odnajdywałam swoją małą oazę w pokoiku pełnym papieru, wstążek, resztek materiałów… i kwiatów. 
Często wracałam ze spacerów z bukietem polnych kwiatów – stokrotek, niezapominajek, chabrów – które starannie układałam w drobne kompozycje. Każdy bukiet był dla mnie małym dziełem sztuki, wyrazem radości i zachwytu nad światem.

Większość moich prac lądowała w koszu – bo była zbyt mała, za mało doskonała, albo po prostu nie miała „praktycznej wartości” dla moich rodziców. A mimo to moja pasja nie słabła. Każdą wolną chwilę spędzałam w swoim pokoiku, zatopiona w układaniu kwiatów, robieniu dekoracji i tworzeniu czegoś, co dawało mi poczucie szczęścia i sensu.

Rodzice patrzyli na mnie z mieszanką zdziwienia i troski. Nie rozumieli, po co tyle czasu spędzam na czymś, co „nie daje przyszłości”. Często słyszałam słowa: „Szkoda czasu”, „Nie warto”, „To nic nie da”. Ich intencje były dobre – chcieli, żebym miała pewną drogę w życiu, żeby była bezpieczna. Ale wtedy nie wiedzieli, że dla mnie te drobne dekoracje, te kolorowe bukiety polnych kwiatów, były całym moim światem. Były moją radością, moim sposobem na wyrażenie siebie i moich marzeń.

Rodzice, chcąc zadbać o moją przyszłość, uparli się, że powinnam zostać kucharzem. W tamtych czasach młodzi niewiele mogli decydować o sobie – priorytety były inne.  I słyszałam wciąż w uszach: „Kucharz to dobrze zarabia, zawsze chodzi najedzony, to solidny zawód”. A ogrodnik? Brudne ręce, dziurawe buty, praca bez przyszłości. Czasem myślę, że wszystko mogło się inaczej potoczyć, gdybym wtedy odważyła się sprzeciwić. Ale nie zrobiłam tego – trochę ze strachu, trochę ze szacunku i wiary, że rodzice chcą dla mnie najlepiej.

Nie wiedzieliśmy wtedy, jak bardzo zmieni się świat. Nikt nie przewidywał, że czasy, w których „praktyczny zawód” był wszystkim, ustąpią miejsca nowym możliwościom, gdzie pasja i kreatywność również mogą stać się drogą życia. Nigdy nie dowiem się, co by było, gdybym postawiła na swoim. Ale nauczyłam się, że życie nie polega na roztrząsaniu tego, czego nie możemy zmienić.

Dziś wiem jedno: warto cieszyć się tym, co mamy teraz, i karmić pasje, które sprawiają, że serce bije szybciej. Od wielu lat moją prawdziwą pasją jest ogrodnictwo i rękodzieło — to one dają mi spokój, radość i poczucie sensu. Nadal układam bukiety z polnych kwiatów – te drobne kompozycje wciąż przynoszą mi radość i przypominają dzieciństwo. Ale teraz inspirują mnie także gałęzie, które znajduję podczas spacerów. Zmieniam je w dekoracje, które ożywiają wnętrza i nadają im wyjątkowy charakter. Każda gałązka, tak jak każdy kwiatek, ma swoją historię, swój kształt, swoje światło. Tworzenie z natury pozwala mi patrzeć na świat z wdzięcznością i zachwytem, dostrzegać piękno w prostych rzeczach, które większość ludzi często pomija.

Tak jak kiedyś w moim pokoiku z bukietami polnych kwiatów, tak teraz, między kwiatami a gałęziami, odnajduję swoją przestrzeń spokoju i szczęścia. Moje małe światy nadal rosną i zmieniają się, ale wciąż są wypełnione tym samym zachwytem nad tym, co tworzyłam od dzieciństwa. Życie nadal potrafi zaskakiwać, i to jest piękne. Już niebawem nadejdzie wiosna – czas, na który czekam z niecierpliwością. 

Wyobrażam sobie, jak słońce powoli ogrzewa ziemię, jak pierwsze pąki kwiatów przebijają się przez zmarzniętą glebę, jak wszystko budzi się do życia po zimowym śnie. To przypomina mi, że zawsze jest czas na nowe początki, na marzenia i na tworzenie – niezależnie od tego, jakie decyzje podjęliśmy w przeszłości.

Patrząc wstecz, mogę teraz z czułością wspominać małą dziewczynkę w pokoiku, która z radością układała polne kwiaty w bukiety i tworzyła swoje małe, kolorowe światy. Te chwile nie były stratą czasu – były początkiem wszystkiego, czym dziś jestem.

Pozdrawiam serdecznie,
Iwona ♥️🥰

Komentarze

  1. Och, Iwonko, napisałaś prawie wszystko to, co ja sama mogłabym napisać. Od dziecka uwielbiałam malować, rysować, i przez całą szkołę aż do matury marzyłam o studiach na Akademii Sztuk Pięknych. Ale - tak jak u Ciebie - słyszałam od rodziców, że co to za zawód, z czego ja będę żyła itd. No i też zabrakło mi odwagi, żeby się sprzeciwić, więc mam "porządny" zawód, nawet nieźle sobie w nim radzę, ale marzenia pozostały i w wolnych chwilach staram się je realizować. Ale mając to doświadczenie - nigdy nie sprzeciwiałam się wyborom moich dzieci, co najwyżej przedstawiałam mój punkt widzenia, ale wspierałam ich pasje i wybór drogi zawodowej. Dzieciom nie wolno pocinać skrzydeł, trzeba nauczyć je latać i puścić wolno.
    Ściskam Cię mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie tak samo myślę!
      To piękne, że potrafimy wspierać nasze dzieci w ich pasjach i pozwalać im latać na własnych skrzydłach, bo nikt nie powinien czuć, że marzenia są „zakazane”. Twoje słowa naprawdę do mnie trafiają i czuję, że mamy bardzo podobne spojrzenie na życie i wychowanie.
      Ściskam Cię mocno!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Choinka mimo wszystko

2025: rok próby, miłości i siły

🌾 Makówka z wierzby płaczącej — lekka jak koronka