Historia jednej ogrodowej damy
Opowieść o tym, jak dwa kołki stały się sztuką
Wszystko zaczęło się w 2014 roku. Zupełnie przypadkiem — z potrzeby chwili i odrobiny fantazji — stworzyłam coś, co na długo zapisało się w historii naszego ogrodu. Z dwóch zwyczajnych kołków, takich, jakie plączą się po działkach i podwórkach, powstała… ona. Ogrodowa dama, którą nazwałam „Nierozpoznawalną”. Dlaczego właśnie tak? Może dlatego, że każdego dnia mogła wyglądać zupełnie inaczej — trudna do zdefiniowania, tajemnicza, nieuchwytna… i bez głowy.
Przez ponad dziewięć lat była nieodłączną częścią ogrodowego krajobrazu. Nie tylko zdobiła przestrzeń — ona ją współtworzyła. Zmieniałam jej kreacje zgodnie z porami roku, nastrojem albo po prostu chwilową weną. Spódnice i suknie powstawały z tego, co rosło pod ręką: z traw, hortensji, ziół i kwiatów. Bywała zwiewna i lekka jak letnia łąka, innym razem ciężka od jesiennych barw. Potrafiła pachnieć miętą, dźwięczeć źdźbłami trawy i szeleścić liśćmi.
Każda stylizacja była dla mnie czymś więcej niż dekoracją — była małym aktem twórczym. Niekiedy pracowałam nad nią godzinami, próbując uchwycić coś ulotnego. W takich chwilach ogrodowa dama stawała się moją modelką, rzeźbą i płótnem jednocześnie. A potem… z wdziękiem pozowała do zdjęć.
Przez lata zebrało się ich naprawdę wiele. Każde to nie tylko zapis sezonowej sukni, lecz także emocji, pracy, uśmiechów i wspomnień. Goście ogrodu często przystawali zdumieni.
– Z czego zrobiona jest ta postać? – pytali.
A mnie zawsze bawiło, jak trudno było im uwierzyć, że u podstaw tej magicznej sylwetki leżą… dwa stare kołki.
Dziś „Nierozpoznawalnej” już nie ma. Czas zrobił swoje, a natura upomniała się o drewno. Pozostało jednak coś znacznie trwalszego — pamięć, obrazy i ciepło, które zostawiła w sercach tych, którzy ją widzieli.
A jeśli zastanawiacie się, jak wyglądałam podczas tych wszystkich sesji zdjęciowych z „Nierozpoznawalną”, zdradzę tylko tyle: byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która potrafiła rozmawiać z kołkami i przekonywać je, by pozowały do zdjęć. Może mówiłam do nich tak długo, aż zaczynały się śmiać… a może tylko udawały, że rozumieją, żeby mnie nie przestraszyć.
Tak więc jeśli kiedyś zobaczycie kogoś prowadzącego poważną rozmowę z kawałkiem drewna na działce — to zapewne będę ja. Bo sztuka ogrodowa to nie tylko piękno, lecz także całkiem spora dawka… cudownie dziwacznej zabawy.
A jeśli w Waszym ogrodzie czeka właśnie jakiś niepozorny „początek” — kawałek drewna, stara donica, zapomniany zakątek — może warto dać mu szansę. Czasem najpiękniejsze historie rodzą się z rzeczy najprostszych.
Z serdecznymi pozdrowieniami, Iwona 🥰
Taka mnie naszła refleksja, że czasami lepiej jest porozmawiać z kołkiem niż z niektórymi ludźmi... Iwonko, Twoja ogrodowa dama była cudowna, szkoda, że jej już nie ma, ale stworzyłaś przecież inne damy, baletnice i wielu innych wspaniałych mieszkańców ogrodu. A suknie tamtej damy - aż pozazdrościłam, bo ja aż tyle sukienek nie posiadam :))). Nie mówiąc już o tym, że moje są znacznie skromniejsze :). Pozdrawiam Cię serdecznie, Ogrodowa Czarodziejko!
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło czytać Twój komentarz! 😊 Masz całkowitą rację – czasem lepiej „pogadać z kołkiem” niż marnować energię na ludzi, którzy i tak nie słuchają. Moja ogrodowa dama rzeczywiście miała swoje piękne chwile, ale cieszę się, że moje pozostałe damy, baletnice i inni mieszkańcy ogrodu wciąż sprawiają przyjemność i wnoszą trochę magii do ogrodu. A co do sukienek – przecież najważniejsze, żeby czuć się w nich dobrze, a nie liczyć ilość! Dziękuję za ciepłe słowa i serdeczne pozdrowienia – wysyłam je z powrotem, Ogrodowa Przyjaciółko!
Usuń