Trzy wierzbowe giganty 3D

Ostatni czas był dla mnie ogromnym wyzwaniem. Moja długa nieobecność tutaj nie wynikała z lenistwa czy braku chęci. Życie napisało dla mnie trudniejszy scenariusz. Ostatnie miesiące to były ciągłe wizyty w szpitalach, niekończące się badania, USG, mammografia.... i czekanie na kolejne kroki. Każdy, kto przez to przechodził, dobrze wie, ile siły to zabiera.

Nie ma co ukrywać – w pewnym momencie moja psychika po prostu siadła. Poczułam się zmęczona i bezradna. Straciłam dawną energię, a lęk przed tym, co przyniesie przyszłość, zaczął brać górę. Zamknęłam się w sobie i na jakiś czas zupełnie opuściłam mój zaczarowany, twórczy świat.

Na szczęście w tych najtrudniejszych chwilach nie byłam sama. Mam obok siebie cudownego męża, który był i jest moim największym oparciem. Kiedy widział, że tonę w smutnych myślach, potrafił mną w odpowiedni sposób potrząsnąć. To dzięki jego miłości, rozmowom i motywacji w końcu wzięłam głęboki oddech, zebrałam się w sobie i wzięłam w garść. Zrozumiałam, że nie mogę się poddać.

Poczułam, że najlepszym lekarstwem na bolącą duszę będzie powrót do tego, co kocham najbardziej – do tworzenia. Rękodzieło od zawsze było moją bezpieczną przystanią, moją własną formą terapii.

Gdy tylko przyszedł ten luźniejszy dzień, od razu poczułam przypływ dawnej iskry. Usiadłam w mojej pracowni i wyciągnęłam z szuflady ciemny drut wiązałkowy o grubości około 1 milimetra. Kiedy zaczęłam go zginać, wszystkie złe myśli nagle uleciały. Skupiłam się tylko na pracy dłoni.

Godzina po godzinie, w mojej głowie rodziła się zupełnie nowa wizja. Powstawały kolejne płatki. Nie chciałam, żeby to były zwykłe, płaskie ozdoby. Marzyło mi się coś potężnego, dynamicznego i przestrzennego. I tak, krok po kroku, ułożyłam z nich trzy wielkie kwiaty w formacie 3D.

Każdy z tych drucianych szkieletów oplotłam elastycznymi, naturalnymi gałązkami wierzby mandżurskiej. Gdy pojedyncze płatki nabrały już idealnego kształtu, zaczęłam nakładać je na siebie warstwa po warstwie, żeby stworzyć efekt głębi. 

Pewnie zastanawiacie się, jaki jest mój patent na to, aby tak duża konstrukcja była stabilna i się nie rozpadała? Rozwiązanie okazało się genialne w swojej prostocie. Wszystkie warstwy spięłam... zwykłymi, plastikowymi trytytkami! Ukryły się idealnie pomiędzy wierzbowymi gałązkami i są całkowicie niewidoczne, a cały kwiat trzyma się perfekcyjnie i sztywno. 🛠️

Praca nad tą wierzbową trójką trwała naprawdę długo. Pod koniec moje ręce mocno bolały, zwłaszcza ta jedna, która po operacji wycięcia węzłów chłonnych często mi dokucza i puchnie. Ale wiecie co? Ten ból był niczym w porównaniu z radością, jaką czułam w sercu. Druciany chaos i setki gałązek zamieniły się w gotowe, piękne dzieło, które możecie zobaczyć na zdjęciu. Drut całkowicie zniknął pod naturalną plecionką.

Ten powrót do mojej pasji dał mi niesamowitą dawkę nowej energii i siły do dalszej walki o zdrowie. Wiem, że 10 listopada czeka mnie ważna wizyta u mojego onkologa i wtedy dowiem się, co dalej. Ale dzisiaj jestem dobrej myśli, uśmiecham się do Was i z dumą trzymam w rękach moje nowe, wierzbowe giganty.



A teraz powiedzcie sami, jak Wam się podoba moja przestrzenna, wierzbowa trójka? Czy efekt 3D przypadł Wam do gustu? 😍👇
Pozdrawiam i serdeczności ślę 🥰 🩷
Iwona

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Choinka mimo wszystko

2025: rok próby, miłości i siły

Drugie życie ogrodowych makówek