Posty

Gałąź, która przepowiedziała cud

Obraz
Opowieść prawdziwa, zaczerpnięta z mojego życia Pewnego dnia, w listopadzie 2021 roku, w mojej cichej pracowni powstała mała rzeźba dziecka z gałęzi. Była delikatna, krucha, jakby sama przyszła na świat. Tworzyłam ją myślami razem z większą rzeźbą – mamą, ludzkich rozmiarów, również utkaną z gałęzi.  Obie razem tworzyły całość, którą intuicyjnie nazwałam „Macierzyństwo”. Patrzyłam na nią i czułam dziwne ciepło w sercu – poczucie, że udało mi się ująć w gałęziach coś naprawdę żywego. Zadowolona, z duszą pełną dumy, zaniosłam moją pracę do kuchni. Chciałam pochwalić się nią mojej córce i przyszłemu zięciowi. – Spójrzcie, co dzisiaj zrobiłam z gałęzi – powiedziałam, nieśmiało uśmiechając się. I wtedy… wybuchnęli śmiechem: ha, ha. Zamarłam. Stałam jak wryta, czując, jak serce zaczyna mi walić, a w głowie wirują tysiące myśli: „Czy zrobiłam coś źle? Czy może dziecko wyszło nie takie, jak powinno? Czy nie powinnam w ogóle pokazywać tego światu?” Właśnie wtedy usły...

Kubki i patery w moim ogrodzie

Obraz
Ostatnio przyłapałam się na jednej myśli: ile ja właściwie zrobiłam kubków, filiżanek, dzbanków i pater do ogrodu? Kubki, talerze, dzbanki, patery… było tego tyle, że liczenie mogłoby się skończyć użyciem kalkulatora, a i on mógłby się poddać. Oczywiście – wszystko wykonane własnoręcznie. Najchętniej pracowałam z wierzbą płaczącą i winobluszczem, czyli z tym, co daje się wyginać i nie obraża się przy pierwszym skręcie. Z tych materiałów powstawały różne ogrodowe naczynia, a patery często dostawały „zadania specjalne” – trafiały na nie róże, owoce, dynie czy miechunka. Dzięki temu wyglądały nie tylko dekoracyjnie, ale i całkiem dostojnie. Patery to w ogóle osobny rozdział. Część zrobiłam z plastrów drewna, inne wyplotłam z winobluszczu. Wyszły solidne i praktyczne, a przy tym miały w sobie coś, co sprawiało, że od razu chciało się je obejrzeć z każdej strony. A kubki i filiżanki? Tu repertuar był szeroki...

Jak balet w telewizji zamienił się w baletnicę w ogrodzie

Obraz
10 stycznia 2021 roku zapisał się w mojej pamięci na długo. Siedziałam spokojnie na kanapie, oglądałam w telewizji balet i delektowałam się sztuką wysoką. Było lekko, elegancko i bardzo dostojnie. I wtedy stało się coś niebezpiecznego. Do mojej głowy wpadł pomysł. A gdyby tak zrobić baletnicę? Od pomysłu do realizacji minęły jakieś dwie godziny 😂 Bo przecież po co się zastanawiać, skoro można działać od razu? Na szczęście (albo nieszczęście) mam pracownię w domu, więc droga z kanapy do twórczego szaleństwa jest wyjątkowo krótka. W ekspresowym tempie pobiegłam sprawdzić, czy posiadam najważniejszy element całej operacji — drut wiązkowy. Ku mojemu zaskoczeniu było go tyle, że bez żadnych wyrzutów sumienia mogłam zacząć budowę baletnicy… w rozmiarze człowieka. Tak, pełnowymiarowej. Budowa stelaża zajęła mi dwa dni. Oczywiście z niezbędnymi przerwami na śniadanie, obiad, kawę, kolację i kawę „bo się należy”. Łatwo nie było — baletnica to nie forma, która daje się ujarzmić bez ...

Wierzbowy uśmiech 🌿🐴

Obraz
Mam na imię Iwona i od zawsze coś tworzę. Jednak prawdziwa pasja do rękodzieła rozkwitła we mnie dopiero po pięćdziesiątce. Teraz mogę realizować projekty, które kiedyś wydawały się niemożliwe, a każda moja praca, nawet najmniejsza, powstaje z serca i własnych rąk. Dlatego dzielę się nimi na blogu i Facebooku — z nadzieją, że wniosą trochę radości i inspiracji do czyjegoś dnia. Pewnego dnia, zupełnie niepostrzeżenie, w mojej wyobraźni pojawił się koń. Nie było fanfar ani tętentu kopyt — to była spokojna myśl, która przysiadła mi w głowie gdzieś pomiędzy kubkiem herbaty a spojrzeniem w ogród. I choć wyglądała niewinnie, bardzo szybko okazało się, że nie zamierza odejść, dopóki nie dostanie kształtu, nóg i… charakteru. Nie zastanawiałam się więc, czy powstanie, tylko jak duży się zrobi. Moją największą obawą nie było samo wykonanie, lecz to, czy zdołam wynieść go z pracowni, zanim urośnie do rozmiarów sugerujących potrzebę bramy garażowej. 😅 Wolałam uniknąć akcji pod hasłem ...

Biała łąka: pierwszy wianek nowego roku

Obraz
Nowy rok przynosi ciszę, świeżość i poczucie początku. Mój pierwszy wianek tego sezonu wyraża chyba wszystko w jednym spojrzeniu. Ogród spał pod śnieżną pierzyną, a ja czułam się tak, jak wyglądałam — spokojnie, naturalnie, w rytmie zimy (czyli trochę jak ja po trzech dniach świątecznych pierogów). Wianek wykonałam w połowie z suszonych kwiatów, a u jego dolnej krawędzi przywiązałam duże kokardki z białej jutowej wstążki. Biały złociszek z żółtymi środkami dodaje kompozycji ciepła, jakby słońce przebijało się przez styczniowe chmury… albo przynajmniej przez moje nie do końca rozgarnięte poranne myśli. Dmuszek, łąkowa maruna i ogrodowa gipsówka splatają się w subtelną całość tworząc wrażenie białej, zimowej łąki — w sam raz takiej, na której nawet zaspane wróble wyglądają elegancko. Podstawą był prosty słomiany krąg i drut florystyczny — naturalne materiały, które pozwoliły kwiatom opowiedzieć swoją historię. Ten wianek nie krzyczy, nie imponuje. Szeptem przypomi...