Posty

Wrzesień. Minął już ponad rok…

Obraz
Ponad rok temu, na początku lipca, usłyszałam słowo, które rozdziera duszę na strzępy. Rak. Pamiętam tamten moment, jakby czas się zatrzymał. Jakby wszystko ucichło. Jakby świat na chwilę przestał istnieć. A jednak… życie toczyło się dalej – choć już zupełnie inaczej. Nie da się przygotować na taką wiadomość. Nie da się jej oswoić. Ale można z nią żyć. Można walczyć. I można – mimo wszystko – odnaleźć w sobie siłę, o której wcześniej nie miało się pojęcia. Dziś jestem tu. Nadal. Silniejsza, spokojniejsza… choć nie było łatwo. Za mną rok pełen łez, niepewności, bólu – ale też rok, który pokazał mi, jak ogromna moc tkwi w nadziei, w ciepłym słowie, w obecności drugiego człowieka. Dziękuję Wam – za każdą wiadomość, dobre słowo, uśmiech, uścisk. Za to, że jesteście – i byliście, kiedy najbardziej Was potrzebowałam. Dziękuję też mojej pasji, która okazała się terapią – cichą, ale potężną. Kiedy dotykam ziemi, kiedy układam rośliny, świat wraca do równowagi. To coś więcej niż zajęcie – to re...

Pantofelki z mojej pracowni — historia tworzenia z drutu i gałęzi

Obraz
Kiedy lato powoli zbliża się do końca, a dni stają się delikatnie krótsze, w mojej pracowni budzi się szczególny czas. Wtedy to, jakby z czułością, sięgam po cienki drut wiązałkowy — ledwie milimetrowy, ale wystarczająco mocny, by tworzyć z niego coś wyjątkowego. Wśród drewna gałęzi brzozy, olchy, wierzby czy winobluszczu czuję jakby były to przyjaciele, którzy czekają na mnie, gotowi do wspólnego działania. Każda z tych gałęzi, każda nitka drutu opowiada swoją historię i ma swój wyjątkowy charakter. I tak zaczyna się proces, który z roku na rok, jak najpiękniejszy taniec, przynosi nowe pantofelki — stworzone z natury, pasji i wrażliwości. Zanim zacznę, wstrzymuję na chwilę oddech. Dotykam drutu, jeszcze prostego, nieformowanego, ale pełnego możliwości. Czuję, jak czeka na moją decyzję, gotowy by przyjąć kształt, który mu nadam. Gałązki brzozy, wierzby, a czasem winobluszczu leżą obok mnie, pełne świeżości, pachnące jeszcze letnim słońcem, jakby zapraszały do wspólnej pracy...

Ogród pełen cudów, czyli jak zmieścić las na 6 arach i nie zwariować

Obraz
Gdyby ktoś zapytał, czy mam ogród – odpowiedziałabym, że mam. Ale gdyby zapytał, ile mam ogrodu na tym ogrodzie, to... zaczęłyby się schody. Na mojej skromnej 6-arowej działeczce – tej samej, na której stoi jeszcze dom, wiata i pewnie kilka zapomnianych grabek – rośnie sobie kilkanaście świerków, mnóstwo bylin i jeszcze kilka drzew. Tak, dobrze czytasz. Ja też czasem stoję z kubkiem kawy w ręku, patrzę na to wszystko i myślę: „To się naprawdę tutaj zmieściło?!” Z dekoracjami ogrodowymi nie przesadzam – uważam, że co za dużo, to… już przestaje wyglądać dobrze. Więc mam tyle ozdób, ile trzeba, żeby było ładnie, ale bez jarmarku bożonarodzeniowego w środku lata. Są za to rzeźby – moje własne, zrobione z gałęzi – czasem abstrakcyjne, czasem przypominające ludzi, zawsze trochę z innego świata. Część z nich czuwa wśród świerków, inne odpoczywają na stryszku nad pracownią. Tam też leżą moje niedokończone projekty – czekają cierpliwie na swój moment, aż znów poczuję ten impuls, któ...

Wirujące lato skryte we wianku

Obraz
Czasem najprostsze rzeczy powstają z największym trudem. Ten wianek nie jest idealny – ale jest cały mój. Stworzony z zachwytu, uporu i dłoni, które mimo wszystko wciąż chcą tworzyć. Kilka dni temu sąsiadka zapukała do moich drzwi, trzymając w rękach dużą torbę. W środku – strąki nasienne judaszowca, które o tej porze roku wspaniale dekorują jej ogród. Ich podłużne, skręcone formy od razu przyciągnęły mój wzrok. W jednej chwili wiedziałam, co z nimi zrobię – powstanie wianek. Do kompozycji postanowiłam dodać coś lekkiego i delikatnego – różowe kwiaty zawciągu pospolitego, który właśnie teraz kwitnie na pobliskiej łące. Co roku go zbieram i suszę, bo zawsze trafia do moich wianków i bukietów. Zaczęłam od słomianej bazy. Powoli, z uwagą, oplatałam ją drutem florystycznym, mocując bukieciki strąków i długie łodyżki zawciągu. Każdy element miał swoje miejsce – wszystko układało się naturalnie, jakby samo prowadziło dłonie. Praca była cicha, spokojna, niemal medytacyjna. Ale nie była łatwa....

Suknia z brzozy

Obraz
Zdarzają się momenty, kiedy pomysł nie przychodzi z głowy, lecz z ciszy. Nie tej zwykłej, codziennej – ale głębokiej, jak poranna mgła, w której coś się ukrywa i jednocześnie odsłania. Nie planuję wtedy, nie szkicuję. Po prostu czuję, że czas coś stworzyć. Coś, co nie będzie tylko przedmiotem, ale śladem – obecności, wspomnienia, uczucia. Tak właśnie powstała suknia z brzozy – jedna z najpiękniejszych, a zarazem najtrudniejszych, jakie kiedykolwiek zrobiłam. Wszystko zaczęło się od stelaża. Zwykły drut wiązałkowy – szorstki, nieustępliwy. Formowałam go cierpliwie, centymetr po centymetrze, jakbym prowadziła rozmowę z czymś, co jeszcze nie miało kształtu, ale już miało duszę. Praca z drutem nie jest łagodna – po kilku godzinach mam dłonie brudne od rdzy, czasem pokaleczone, szorstkie od wysiłku. Ale to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – to świadectwo, że jestem blisko tego, co tworzę. Że nie zostaję na powierzchni. Osobno powstawały kołnierz, mankiety, pas. Każdy miał swoją...

Jak po śliwki, a wróciłam jako leśna bogini haute couture

Obraz
Pewnego dnia, zupełnie niewinnie, wybraliśmy się z mężem na wyprawę po śliwki węgierki. Plan był prosty: nazbierać trochę owoców, ugotować kompot, ewentualnie upiec placek i poudawać, że jesteśmy gospodarzami roku.😘 Pojechaliśmy w nasze stałe miejsce – przy bocznej drodze, gdzie śliwy rosną dziko od lat i zwykle uginają się od owoców. No, ale nie tym razem. Śliwek tyle, co kot napłakał. A te, które były, miały już lokatorów. Krzywe, robaczywe i z wyrazem twarzy typu „po mnie to już nic nie będzie”. Wkurzona, zrezygnowana, już miałam wracać, ale wtedy… zobaczyłam ją. Dzika róża. Całe krzewy, pełne czerwonych owoców! I jak to ja – zamiast smucić się nad losem śliwek, wpakowałam się w kolce z entuzjazmem godnym archeologa odkrywającego nową cywilizację.😁 Zebrałam pełen kosz owoców. Śliwek zero, ale za to miałam coś lepszego – inspirację. Bo w moim ogrodzie już czekała... suknia. Tak, dokładnie – suknia z brzozowych gałązek i drutu, konstrukcja artystyczna, która wyglądała jakby z lasu w...

Jak moja sukienka na czerwony dywan… skończyła w ogródku

Obraz
No więc tak. Stworzyłam kiedyś sukienkę. Ale nie taką zwykłą – sukienkę z przytupem. Idealną na czerwony dywan. Tylko że… nikt tego dywanu nie rozwinął. Klasyk. A teraz od początku. Wyobraźcie sobie: ja, artystka-amatorka, ogrodniczka pełną gębą, postanowiłam stworzyć kreację marzeń. Materiały? Tylko z najwyższej półki: winobluszcz, gipsówka ogrodowa, przegorzan, zatrwian, krwawnik… Cała kolekcja botanicznych „haute couture”. Mega ekologiczna, zero plastiku, zero śladu węglowego. Taka „zielona” stylówa, że Greta Thunberg byłaby dumna. Plan był prosty: błysk fleszy, szum aparatów, ja krocząca z gracją w sukni, która wygląda jak skrzyżowanie łąki z wybiegami w Paryżu. Problem? Gala się nie odbyła. Ba! Nawet paparazzi nie przyszli. Jedyne flesze to te z telefonu sąsiadki zza płotu, która sądziła, że robię performance o tematyce ekologicznej. Więc zamiast czerwonego dywanu – trawnik. Nasz, przydomowy. Ale wiecie co? Trawa miękka, nie czepia s...